Spis treści. Jak żyć z osobą chorą na schizofrenię? Zachowaj do dodatkowych aktywności. Spróbuj namówić chorego na wizytę u psychiatry. Pilnuj, aby chory nie zapomniał o lekach. Zaakceptuj stan chorego. Uważaj, jakim tonem mówisz. Warto namówić do korzystania z psychoterapii. Znajdź czas dla siebie. Do Argentyny przywiodła ją przyjaźń, a do przeprowadzki skłoniła miłość. Natalia Stodulska przyznaje, że Argentyńczyków wyróżnia nieprzeciętne poczucie humoru. — Mają duży dystans do siebie. Uwielbiają wymyślać przezwiska i nowe słowa. Blondynów często nazywa się Polaco, czyli Polak — wyjawia. W cyklu "Polka za granicą" rozmawiamy z kobietami, które wyjechały z Polka o życiu w Portugalii. - Portugalia sama w sobie nie jest miejscem, w które emigruje się ze względów zarobkowych. Jest to raczej biedny kraj, który trzeba pokochać, żeby żyć tu szczęśliwie - mówi Małgorzata Kosmatka-Kos. W rozmowie z Aleksandrą Wiśniewską, wraz partnerem Michałem Czarneckim opowiadają o tym jak Porto Z powodu jednego plakatu Ildar Dadin wysłany został do obozu karnego na Syberii. Według jego relacji, w dzisiejszych rosyjskich koloniach karnych stosuje się te same metody jak za czasów Stalina. Strona główna Ciekawostki o Atenach Jak wygląda życie pod Akropolem? przez Joanna Barska. Zapraszam do obejrzenia live’a z wywiadu ze mną, na temat życia w Atenach. Podczas rozmowy z moją siostrą, która prowadzi blog Powiedz to po grecku, opowiadam między innymi: Małgorzata Krupecka. Siostra ujawnia, jak wygląda życie w zakonie. Gościem Tematu Dnia Salve TV była s. Małgorzata Krupecka, rzecznik Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, która w rozmowie z Piotrem Otrębskim wyjaśniała, czy życie konsekrowane to normalne życie. - Jest to normalne życie. . Petersburska niezależna publikacja "Paper" opublikowała notatki Saszy z pierwszego miesiąca jej pobytu w areszcie śledczym. Za zgodą redakcji Meduza publikuje ten materiał w wersji nieskróconej. Niezależni rosyjscy dziennikarze potrzebują pomocy. Prosimy o wsparcie dla Meduzy Sześć minut na butelkę Minął już miesiąc, odkąd przebywam w areszcie śledczym nr 5, i nadszedł czas, by podsumować wyniki moich obserwacji tego miejsca. Postanowiłam podsumowywać je na koniec każdego miesiąca mojego pobytu tutaj. A ponieważ zdecydowali się zatrzymać mnie tutaj na dłużej, będę mogła mówić o wielu rzeczach, bo ja, w przeciwieństwie do wielu kobiet z Arsenałki [areszt śledczy nr 5 znajduje się przy ul. Arsenałowej], mam ten przywilej. Foto: Sasza Skoczilenko / Papier Dzień prania w celi Zazwyczaj ludzie siedzący tutaj są niezadowoleni z wielu rzeczy, ale boją się wyrażać swoje niezadowolenie, bo jeśli się poskarżą, mogą zostać przeniesieni do dużo gorszych warunków. Nawet jeśli ośmielą się poskarżyć, kierownictwo jest często głuche na ich skargi (w przeciwieństwie do moich), na wiele palących pytań pada tu jedna odpowiedź: "To nie sanatorium!". Na przykład: "Mamy cieknący kaloryfer, ciągle musimy podstawiać pod niego pojemnik, żeby nie zalać sąsiadów z dołu, zmieniamy go co godzinę". — "To nie sanatorium". Albo "Mamy nieszczelny sufit, przez pół nocy biegaliśmy z wiadrami!". — "To nie sanatorium". Zanim więc utopię drogi areszt tymczasowy, chciałabym powiedzieć, że owszem, są tu różni ludzie. Są wśród pracowników bardzo humanitarni i humanistyczni ludzie, którzy rozumieją, że życie więźniów nie jest łatwe i starają się jak mogą, by nam go nie utrudniać. Osoby te nie są uwzględnione w tym artykule. Cóż, wróćmy do niehigienicznych warunków przetrzymywania. Same budynki są raczej zniszczone: są tam ruiny i niekończący się chłód, w wielu miejscach na sufitach i ścianach rosną pajęczyny i grzyb. Sufit w prysznicach jest czarny. Stan pryszniców jest taki, że przypominają one raczej filmy z obozów koncentracyjnych. Dobrą rzeczą jest to, że z zardzewiałych wysokich rurowych kranów płynie woda — choć nie zawsze gorąca. Wiele cel ma przygotowane butelki z wodą na wypadek odcięcia dopływu zarówno ciepłej, jak i zimnej wody (co zdarzyło się także w tym miesiącu). Stan pryszniców w ambulatorium, w którym przebywam, jest znacznie lepszy, choć w niektórych miejscach pojawia się czarny grzyb. Jeśli mamy szczęście, dwa razy w tygodniu bierzemy prysznic i mamy ciepłą wodę. Jak więc myją się tutejsze kobiety, którym patriarchalne społeczeństwo narzuca wysoki standard higieny i potrzebę "pachnienia"? Wieczorem napełniamy półlitrowe butelki, potem idziemy do toalety i myjemy się nad toaletą. Technika jest skomplikowana. Wypróbuj to w domu. Najpierw umyj się z butelki (co jest do zrobienia), potem spróbuj umyć stopy (co jest trudniejsze), spróbuj też umyć pachy (co wciąż jest dla mnie zadaniem prosto z programu "Fort Boyard"), zmień ubranie, a potem starannie wytrzyj podłogę za sobą ze wszystkich kropel wody, które rozlałaś. A wszystko to musi być zrobione w ciągu sześciu do ośmiu minut, jeśli jesteś przetrzymywana w 18-osobowej celi. W celi 6-osobowej możesz sobie pozwolić na 10-15 min. Foto: Sasza Skoczilenko / Papier Rewizja w celi Czy wolno usiąść Wiele bolesnych pytań pojawia się w celach, w których przepełnienie jest dotkliwie odczuwalne. Na przykład: Czy można siedzieć na łóżku, jeśli jako nowicjuszce przydzielono ci górne łóżko?. W celach uważa się, że tylko właściciele niższych łóżek mogą na nich siedzieć. W tym momencie ludzie powołują się na precedensy związane z personelem dyżurnym ("Kiedyś ci, którzy siedzieli na górnych łóżkach, byli wyrzucani na korytarz razem ze swoimi materacami") albo na fakt, że osoba nie zdążyła zejść z łóżka, żeby stanąć w pozycji "ręce za plecami", kiedy w celi pojawił się członek personelu. Jeden z funkcjonariuszy pełniących służbę w celi wyjaśnił ten zakaz, mówiąc, że moglibyśmy "pognieść pościel na łóżkach", ale ani biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, ani bezpośredni przełożeni funkcjonariusza nie podzielili tej opinii, ponieważ odpowiedzieli mi, że siadanie na swoim miejscu do spania po wstaniu z łóżka, nawet jeśli znajduje się ono na piętrze, jest dozwolone. Dlaczego takie pozornie głupie pytanie wydaje mi się tak ważne? W gęsto zaludnionej celi — 18 osób na 35 metrach kwadratowych... Powiedz mi, gdzie w tych celach były te osławione cztery metry kwadratowe na osobę, zapisane w regulaminie więziennym — w toalecie, czy co? Nie. To miejsce nie istnieje, niezależnie od tego, jakie zaprzeczenia publikuje rosyjska Federalna Służba Więzienna. W takiej celi to nie wina więźniów, że będzie się toczyła zażarta walka o każdy skrawek powierzchni do egzystencji. W takich celach panuje niewypowiedziany zakaz przebywania nowych osób na dolnych pryczach innych, a życie nowicjuszy — zwłaszcza jeśli są to babcie w wieku emerytalnym — zamienia się w fizycznie wymagającą mękę. W ramach "obrzędu wtajemniczenia" nowicjusz jest proszony o poruszanie się po celi lub siedzenie na twardych drewnianych ławkach przez pierwsze kilka tygodni do kilku miesięcy. Eksperyment: Spróbuj spędzić cały dzień bez leżenia lub siedzenia na czymkolwiek miękkim i wyjdź na dwór, chociaż na godzinę (gdzie też nie możesz szczególnie siedzieć na czymkolwiek). Żyj tak przez kilka dni. Jak się czujesz ze sobą i swoimi plecami? Jak chodzić A teraz trochę o tym, jak chodzimy. Muszę wyrazić uznanie dla aresztu śledczego, a zwłaszcza dla jego szeregowych pracowników (którzy są prawdopodobnie najbardziej humanitarnym elementem placówki): nikt nie łamie tu prawa do godzinnego spaceru, a w niektórych przypadkach nawet starają się go wydłużyć. Mimo to warunki naszych wędrówek pozostawiają wiele do życzenia. Teraz miejsce, do którego wchodzę z moim współtowarzyszem z celi, wydaje mi się rajem. Jest to betonowe pudło z sufitem z drutu kolczastego. Ma wymiary 3 na 5 m, ma długą ławkę i małą zardzewiałą wiatę przeciwdeszczową. Trzy mniszki lekarskie torują sobie drogę przez pokruszoną betonową podłogę. Bardzo je kocham i obserwuję, jak rosną z dnia na dzień — w końcu są jedyną zielenią, jaką widzę na spacerze. Na podwórku zazwyczaj biegam w kółko, tańczę, śpiewam, wykonuję ćwiczenia albo recytuję swoje teksty. Foto: Sasza Skoczilenko / Papier "Dwa na pięć" Przejdźmy teraz na podwórka, po których chodziłam w pierwszych tygodniach. Te pozbawione dachu pomieszczenia nazywane są w więziennym slangu "dwa na pięć" — nazwa ta odpowiada dokładnemu rozmiarowi betonowego pokoju z łuszczącymi się ścianami pokrytymi płatami farby. W kątach leżą niedopałki papierosów, a przy kracie z drutu kolczastego w suficie rośnie mech. Teraz wyobraź sobie 18 osób spacerujących po podwórku o wymiarach dwa na pięć metrów z metrową, brudną ławką na środku. Całe "chodzenie" to poruszanie się po okręgu w tym samym kierunku w wolnym tempie, właściwie plecami do siebie. Możesz też stanąć na chwilę w kącie z twarzą wystawioną na słońce. I to by było na tyle. Nie narzekać Wiele osób w areszcie nienawidzi mnie za to, że się skarżę, ponieważ ja się skarżę, a wszyscy inni dostają reprymendę — pracownicy, współwięźniowie z celi i najwyraźniej także kierownictwo — ponieważ besztanie idzie w dół hierarchii. Pewnego dnia do jednej z cel wbiegł anonimowy wysoki mężczyzna w mundurze i krzyknął na mnie: — Kto tu narzeka bez końca, aż do Moskwy? Hydraulika w celi nr 17 jest w porządku, rura kanalizacyjna nie jest zatkana, tak, toaleta przecieka, ale nigdy nie byłaś w prawdziwym więzieniu, gdzie szczury biegają dookoła! Głęboko współczuję ambitnym marzeniom tego macho o pracy w prawdziwym więzieniu. Ale tak, Areszt nr 5 nie jest prawdziwym więzieniem — to tylko izolatka, w której przetrzymuje się osoby, wobec których toczy się śledztwo (niektórzy z nich są jednak przetrzymywani w tych warunkach przez lata, czekając na jakiekolwiek działania śledczych). Zadaniem aresztu śledczego jest po prostu przetrzymywanie nas (jak przyznał mi sam dyrektor) w taki sposób, byśmy nie przeszkadzali w śledztwie ani w wydaniu wyroku, oraz upewnienie się, że jesteśmy cali i zdrowi. Foto: Sasza Skoczilenko / Papier Popołudnie w celi Nie siedzimy tu po to, by nas ukarać, nie — bo nasza wina nie została udowodniona, a niektórzy wyjdą stąd nawet z wyrokiem uniewinniającym. A już na pewno celem takiego ośrodka nie jest fizyczne dręczenie i torturowanie przetrzymywanych tu kobiet. Owszem, areszt śledczy nie jest sanatorium, ale nie jest też obozem pracy, żeby ludzie byli zmuszeni do serwisowania niekończących się przecieków zniszczonej hydrauliki czy inwestowania pieniędzy w sprzęt do sprzątania (który według regulaminu powinien być dostarczany do każdej celi za darmo). Tak, to wstyd, że areszt nr 5 jest jedynym ośrodkiem detencyjnym dla kobiet w całym obwodzie leningradzkim [jak oficjalnie nazywa się obwód, na terenie którego leży St. Petersburg]! Areszt śledczy w Krystach ma nowoczesne warunki dla mężczyzn. Jedyną rzeczą, która jest tu nowa, nowoczesna i wyposażona, jest plac zabaw dla dzieci i aparat USG w gabinecie ginekologicznym. Dziękuję za dokończenie tego tekstu, jest bardzo długi! Jest jednak tak wiele rzeczy, które chciałbym podkreślić, a z każdym dniem pobytu tutaj uczę się coraz więcej. Cóż, zamierzam być w tym miejscu przez długi czas, co oznacza, że będę miała dużo czasu, by to opisać. 13 zł 60 gr Według raportu Rady Europy z 2021 r., w Rosji na 100 tys. mieszkańców przypada 356 więźniów (więcej ma tylko Turcja — 357; Islandia — 45, a Finlandia — 50, Polska — 194). Jednocześnie ich przetrzymywanie w Rosji kosztuje najtaniej — 13 zł 60 gr za dzień (w Polsce — 105 zł). Oficjalna strona Aresztu Śledczego nr 5 informuje, że w areszcie znajduje się biblioteka z kolekcją 10 tys. książek, klub ze 120 miejscami siedzącymi, siłownia, boisko do siatkówki, salon fryzjerski oraz udogodnienia dla kobiet z dziećmi poniżej 3. roku życia. Co roku w Areszcie Śledczym nr 5 organizowany jest konkurs na Miss Arsenałki. Uczestniczki zdobywają punkty w takich kategoriach jak "Przedstawienie się", "Postawa", czy "Gotowanie". Każda uczestniczka za udział dostaje pamiątkową wstążkę, a zwyciężczyni — koronę. Kierownictwo aresztu organizuje także konkurs kulinarny "Smakowity kąsek" i "Gospodyni domowa". W tym ostatnim dziewczęta "prezentują swoje umiejętności szycia, rozwiązują zadania logiczne i odpowiadają na kulinarne pytania jury". 8 marca w Areszcie nr 5 odbył się Festiwal Piękności "Czuła fala". 12 kobiet "stworzyło piękne i oryginalne fryzury, a także makijaż pasujący do tworzonego wizerunku". Wiosną 2022 r., według relacji zatrzymanych, w Areszcie nr 5 doszło do poważnego przecieku, którego skutki zostały naprawione przez same zatrzymane — przez całą noc czerpały wodę wiadrami. W maju, kilka dni po naprawie, w tej samej celi, w którym nastąpił wyciek, zawalił się sufit. Gruz spadł na więźniarkę, która doznała urazu biodra, ale cela była nadal używana. Obecnie w Areszcie Śledczym nr 5 przy ul. Arsenałowej przebywają osoby zatrzymane w głośnych sprawach politycznych. W szczególności przetrzymywana jest tam Białorusinka Jana Pinczuk, która została aresztowana w za prowadzenie pod pseudonimem "Księżniczka Leja" kanałów na Telegramie z informacjami o działalności białoruskiej opozycji. Dziewczynie grozi do 19 lat więzienia za "propagowanie ekstremizmu". Pinczuk jest uważana przez zdelegalizowany Memoriał za więźnia politycznego. Sasza Skoczilenko, Olga Smirnowa i Wiktoria Pietrowa to trzy mieszkanki St. Petersburga, które są przetrzymywane w aresztach śledczych w sprawach o "fałszerstwa". Olga i Sasza zostały uznane przez Memoriał za więźniów politycznych. Amnesty International uważa Skoczilenkę za więźnia sumienia. Foto: Archiwum prywatne / Meduza Sasza Skoczilenko Kasia Gugała: Okręgowy Inspektorat Służby Więziennej jest partnerem projektu A co jest Twoim Więzieniem?, gdzie przeprowadzane są metamorfozy kobiet osadzonych. Nie boi się Pani, że może być to odebrane, jako decyzja kontrowersyjna? Kpt. Arleta Pęconek: Dlaczego kontrowersyjna? To raczej działanie niestandardowe, nietypowe w postępowaniu ze skazanymi i jako takie może mieć swoich zwolenników, jak i przeciwników. Przystępując do tego projektu byliśmy przekonani o jego pozytywnym wymiarze. KG: Po co jest ten projekt? AP: Ten projekt jest przede wszystkim ukierunkowany na kobiety odbywające karę pozbawienia wolności. Te kobiety przychodzą do nas bardzo często zniszczone fizycznie i emocjonalnie. Wiele z nich doświadczyło przemocy, trafiło do więzienia, jako nastoletnie dziewczyny. Gdy mają 18-19 lat, są jeszcze nastolatkami, które nie zdążyły poznać życia na wolności, a już trafiły do więzienia. Dzięki projektowi odkrywają swoją kobiecość, mogą poczuć się wartościowe, mogą zacząć się zmieniać. KG: Jest Pani z osadzonymi biorącymi udział w projekcie. Jak Pani myśli, czego one się po nim spodziewają? AP: Pokazania wszystkim, a zwłaszcza najbliższym, że nie powinny być skreślane. To jest całkiem niezła forma tego przekazu. Bo idzie w świat, dotrze wszędzie. Sam fakt, że jest kalendarz, coś namacalnego, ułatwia przekaz. Bo jest zupełnie inaczej, kiedy do dziecka mówi się, że mama niedługo wyjdzie na wolność, będzie normalną mamą, albo córką. A co innego, jak jest coś namacalnego. Kobieta może pokazać bliskim, że się stara, żeby wyjść z więzienia i nigdy do niego nie wrócić. To jest im chyba najbardziej potrzebne. KG: Trudno jest zdecydować się na udział w projekcie? To pokazanie twarzy, Ja – więźniarka. AP: Tak. Należy zwrócić uwagę, że sporo osób skazanych nie mówi gdzie jest. Wie najbliższa rodzina albo tylko jedna osoba z rodziny. Oszukują swoje środowisko, że wyjechały za granicę. Fakt, że przełamują ten wstyd jest pomocny w pracy z nimi. Rozumieją, że podjęły decyzję, która spowodowała, że są tu, gdzie są. Odczuwają konsekwencje bycia więźniem, ale zaczynają też chcieć pracować, żeby zmienić swoją sytuację. To duży sukces resocjalizacyjny, jeśli więzień przełamie się i pokaże, jako więzień, ale też, jako człowiek, kobieta. KG: Jak można pomóc kobietom przebywającym w więzieniu? AP: Pomagamy różnego rodzaju programami, nauką, aby mogły zdobyć zawód, aby wiedziały jak się zachowywać, jakie są normy społeczne. Staramy się zmienić ich priorytety. To podstawa. Spotykając się z pracodawcą muszą wyglądać, mieć coś w głowie, być pewne siebie. Pracodawcy poszukują kobiet wykształconych, już z doświadczeniem. A jakie doświadczenie może mieć kobieta skazana, która parę lat przebywała w więzieniu? Ten projekt ma je nauczyć pewnej przebojowości, żeby nie zasiliły kolejek bezrobotnych, ale żeby potrafiły zadbać o siebie na wolności i do więzienia nie wrócić. KG: Jak wygląda życie za kratami? Jak realizują się w swoich życiowych rolach? AP: Samo życie kobiet nie odbiega od standardowego życia więźniów. Cele są bardzo podobne, te same przepisy regulujące życie więzienne. Różnica jest bardziej w mentalności. Kobiety podchodzą do wszystkiego bardziej emocjonalnie. Wiele kobiet trafiających do więzienia za murami zostawiały rodziny, dzieci, za którymi bardzo tęsknią. To jest chyba największą ich bolączką. Rozstanie z dzieckiem. I co powie syn, czy córka jak mama trafia do więzienia. Z tym jest im najtrudniej się uporać. Są też kobiety uzależnione od różnych substancji psychoaktywnych i na wolności matkami nie były w ogóle lub były nie na tyle ile być powinny. Niejednokrotnie trafienie do więzienia pozwala im zweryfikować swoje życie, zmienić myślenie i priorytety. Podczas pobytu w więzieniu leczą się z uzależnienia, zaczynają się spotykać z dziećmi, dorastają do bycia matką. Niestety w warunkach więziennych, ale dorastają. I wychodząc na wolność mają pozytywne kontakty ze swoją rodziną. KG: Jak Pani myśli: jak dzieci odnajdują się, gdy mama jest w więzieniu? AP: Są matki, choć i ojcowie też tak reagują, które nie mówią dzieciom gdzie są. Nie chcą, żeby dzieci wiedziały, że mama przebywa w więzieniu. Mówią wtedy, że mama pracuje za granicą i kontaktu z dzieckiem w ogóle nie ma. Są mamy, które mówią, że mama pracuje w więzieniu i może dziecko tylko widzieć. To udaje się przy maluchach. Dziecko widzi kraty, ale nie zdaje sobie kompletnie sprawy gdzie się znajduje. Gorzej jest ze starszymi dziećmi, czyli takimi 10 lat i wzwyż, które zaczynają sobie zdawać sprawę, że mama popełniła przestępstwo, że przebywa w więzieniu. Miałam możliwość organizować niejedno spotkanie typu Dzień Dziecka, gdzie kilka godzin dzieci przebywały z mamami. Kiedy już kończył się czas tych imprez miałam okazję obserwować pożegnanie mamy z dzieckiem, w ogóle rodzica z dzieckiem. Bardzo smutny, rozdzierający obraz. Dzieci płakały, mamy płakały, ciężko im się było pożegnać. Były tłumaczenia “Już niedługo”, „Zobaczymy się na święta, mamusia musi tu zostać”. Dziecko krzyczało „Mamo, kocham cię, kiedy wrócisz do domu?”. To były bardzo, bardzo przejmujące obrazy. Nieuniknione niestety. Dzieci bardzo przeżywają rozstanie z matką. Dużo starsze, mają problemy ze zrozumieniem, dlaczego mama trafiła do więzienia. Co takiego się stało, że popełniła przestępstwo. Mówię o nastolatkach, w których rodzi się bunt. Zanim odwiedzą matkę mija sporo czasu, ponieważ mają do niej żal, że trafiła do więzienia, że je zostawiła w momencie, kiedy najbardziej jej potrzebowały. KG: Jak odbywają się kontakty z dziećmi? AP: Każdy osadzony ma zapewnione kodeksowo prawo do widzeń. Ile jest widzeń to zależy od tego, w jakim typie zakładu odbywa karę pozbawienia wolności. Są zakłady zamknięte, w których przysługuje jedno widzenie ogólne i jedno dodatkowe na dziecko, w półotwartych odpowiednio więcej, w otwartych jeszcze więcej. To jest regulowane przez Kodeks karny wykonawczy. W puli kodeksowej mamy też tak zwane nagrody, gdzie za podjęcie dodatkowych zajęć, wykazywanie się, pracę nieodpłatną skazana może otrzymać, jako nagrodę prawo do dodatkowego widzenia, dłuższego widzenia albo, i to jest jedna z wyższych nagród przewidzianych w kodeksie, prawo do widzenia na zewnątrz, czyli przepustkę. Na początek jest to widzenie poza terenem przez 30 godzin, potem są przepustki systemowe, dłuższe. Polega to na tym, że skazana idzie do rodziny, na dwa, pięć dni i nawiązuje z członkami rodziny kontakty w systemie domowym. Może pójść z dzieckiem na spacer, do szkoły, sprawdzić jak się uczy, odwiedzić kogoś w szpitalu itd. Jest to kontakt zbliżony do kontaktu domowego. Są też przepustki losowe, w sytuacji, gdy dziecko ma komunię, bierze ślub. Kobieta może uczestniczyć w ważnych momentach życia swojego dziecka i rodziny. Metody kodeksowe, aby rodzina mogła mieć z nią bliskie kontakty są dość szerokie. Ale odbywa się to dopiero wtedy, gdy działania systemu resocjalizacyjnego są już na tyle wdrożone, że może z przepustek korzystać. Bo trzeba zaznaczyć, że nie wszyscy mogą. KG: Co się dzieje, kiedy do więzienia trafia kobieta w ciąży? AP: W siódmym tygodniu ciąży kobieta jest przewożona do zakładu karnego w Grudziądzu gdzie jest oddział specjalistyczny. Tam kobieta jest do samego porodu pod opieką lekarzy i tam też w warunkach zakładu karnego na oddziale położniczo – ginekologicznym rodzi dziecko. Jeżeli wyraża chęć, może przebywać w domu matki i dziecka przy zakładzie karnym w Grudziądzu lub w Krzywańcu i odbywać karę z dzieckiem do chwili, gdy ukończy ono trzy lata. Jeżeli dziecko choruje lub z innego powodu potrzebuje opieki matki dłużej np. pozostawienie go przy matce pozytywnie wpłynie na nich oboje, za zgodą sądu można ten okres wydłużyć do czterech lat. KG: A pobyt dziecka z matką w więzieniu? AP: Mamy pokoiki dostosowane do potrzeb matek z dziećmi. Są kolorowe ściany, kojce dla dzieci. W domach matek z dziećmi pracują głównie pielęgniarki i personel przeszkolony do opieki nad małymi dziećmi, czyli matki cały czas mają pomoc medyczną. Wyposażenie jest normalne, aby dziecko nie miało poczucia, że jest w więzieniu. Coś jak Dom Samotnej Matki. KG: Kodeks daje różne możliwości. Jak są one wykorzystywane? Jak odnoszą się do tego ojcowie dzieci, rodzice skazanych? AP: To jest trudne. Czasami rodzinie jest bardzo trudno sobie wyobrazić, co takiego się zdarzyło, że kobieta trafiła do więzienia. Niejednokrotnie jest tak, że nikt nie podejrzewał, że coś takiego może się zdarzyć. Ale są też rodziny, które wiedziały, że dzieje się coś złego, mówię w tym momencie o młodych osadzonych. Takie rodziny próbowały tę sytuację jakoś naprawić, pomóc, przykładowo przy uzależnieniu, i zdawały sobie sprawę, że konsekwencją działania ich dziecka może być to, że pójdzie do więzienia. I nie udaje im się zawrócić córki z tej drogi. A reakcje? Są różne. Chyba w najgorszej sytuacji są kobiety żyjące w konkubinacie oraz kobiety z długimi wyrokami. Jeżeli wyrok jest krótki, czyli rok, dwa, trzy, to kobiety są raczej wspierane przez rodziny, przez mężów. Ale przy 25 latach czy karze dożywocia, niestety rzadko taki związek przetrwa. Trzeba brać pod uwagę też i to, że wiele kobiet skazanych pochodzi z takich środowisk, że ich partnerzy brali razem z nimi narkotyki, razem z nimi popełnili przestępstwo i jest duże prawdopodobieństwo, że także odbywają karę pozbawienia wolności. Kobieta zostaje wtedy bez oparcia męża. Podobnie jest z dzieckiem. Jeżeli zdarza się, że matka i ojciec idą do więzienia to w najlepszym wypadku opiekę nad dzieckiem sprawują dziadkowie czy dalsza rodzina. Często dziecko trafia do domu dziecka. W zależności od tego, jaką matką była kobieta, na ile była związana z dzieckiem, na ile miała pozytywną opinię środowiskową, na tyle pozwala się na kontakt w domu dziecka z matką przestępczynią. Mieliśmy przypadki kobiet, którym służba więzienna pomogła nawiązać kontakt z dzieckiem, a była i taka sytuacja, że dom dziecka odmówił kontaktu dziecka z matką z powodu jej postępowania przed trafieniem do więzienia. Jak naprawdę wygląda życie w więzieniu? Więzienie zazwyczaj kojarzy nam się z dużym, zamkniętym budynkiem z kratami w oknach, otoczonym wysokim murem z drutem kolczastym. W filmach często widzimy umięśnionych, wytatuowanych więźniów w pomarańczowych strojach, którzy biją się między sobą i próbują przemycać do celi telefony czy narkotyki. Od Pana Marcina, strażnika półotwartego zakładu karnego, dowiemy się, jak naprawdę wygląda życie w więzieniu. Pierwsza część wywiadu tutaj. Co jest najtrudniejsze w pana pracy? Mamy kłopot z przełożonymi – na wysokich stanowiskach są często niekompetentne osoby. Poza tym, w Polsce nastąpiła rejonizacja, czyli osadzeni przebywają w zakładach karnych w swoich rejonach. Przykładowo jeśli ktoś jest z Lublina i popełnił tam zbrodnię, to odbywa karę w tym miejscu. To jest pójście na rękę rodzinom i osadzonym – rodzina ma blisko i bez problemu przyjeżdża na widzenia. Jest to jednak kłopot dla funkcjonariuszy. Osadzony wychodzi na wolność i ja się z nim mijam np. w supermarkecie, na ulicy. Ja już nie pamiętam ich twarzy, a oni mówią do mnie na ulicy “dzień dobry panie oddziałowy”. Czyli to też jest w pewien sposób zagrożenie dla funkcjonariuszy? Tak, dlatego trzeba dobrze z nimi żyć. Trzeba ich karać, ale i nagradzać. Mieliśmy sytuację, że jakiemuś oddziałowemu podpalili samochód i innych wiele podobnych akcji. Skoro już mówimy o niebezpiecznych sytuacjach – co to jest tzw. połyk i czemu skazani robią takie rzeczy? Połyk to połknięcie rzeczy, która sprawi poważne konsekwencje dla życia lub zdrowia osadzonego. Był taki przypadek, że człowiek połkną rączkę od wiadra. Sami wiemy, jak idziemy do przychodni i lekarz wpycha nam patyk w gardło, to ma się odruchy wymiotne, a tutaj rączka od wiadra i ja się zastanawiam do dzisiaj, jak on to zrobił. Są też tacy, którzy połykają żyletki. Robią to głównie dlatego, że na oddziałach zamkniętych przez ileś lat siedzi się w celi, widzi się ciągle te same twarze i taki człowiek połyka żyletkę, by choć przez kilka godzin zobaczyć inny, normalny świat, nowe twarze. To wynika z izolacji takich ludzi. Ale to też łatwiejsza droga do ucieczki. Jakie przedmioty więźniowie przemycają najczęściej i w jaki sposób to robią? Komórki i narkotyki, w odbytach, w paczkach, w perfumach, proszkach, w ubraniach, w ciele. Na widzeniach przemycają lub próbują przemycać różne rzeczy. Potrafią do pampersa włożyć dziecku komórkę. A czy więźniowie mają prawo do fryzjera, siłowni i wykonywania telefonów i jak odbywają się takie czynności? Często mają siłownię. Taką, jak w parkach pani widzi, fryzjer jest dostępny według grafiku, mogą dzwonić do rodziny. W zakładach zamkniętych jest trudniej, rozmowy są nasłuchiwane i kontrolowane. A co w sytuacji, jakby więźniowie zrobili strajk i zaczęli się buntować? To już jest niezależne od nas. Wkracza wtedy grupa interwencyjna – taka jednostka specjalna. Pacyfikują cele. Czym jest tzw. izolatka i za co osadzony tam trafia? To cela zabezpieczająca z monitoringiem. Jest tam przymocowane łóżko z pasami na nogi, ręce i klatkę piersiową. Tam trafiają agresywni osadzeni. Zakładamy im kask na głowę, bo były przypadki, że osadzony sobie rozbił głowę o ścianę. To jest jedna z kar, a jakie są inne i kto je wymierza więźniom? Może dostać grupę np. R1 i to oznacza, że więźniowie są niebezpieczni i automatycznie wyjeżdżają na zakład karny zamknięty. Inne kary są łagodniejsze – np. zabranie dodatkowej paczki żywnościowej, zakaz widzeń, wstrzymane przepustki, wycofanie z pracy. Więźniowie zakładają między sobą grupy i niektórych lepiej unikać. Opowie pan o tym? Teraz ta subkultura więzienna zanika i rządzi pieniądz. Kiedyś grypsujący to byli faceci, potężni, wytatuowani, każdy się ich bał, jak wchodził na stołówkę, mieli osobne stoliki i był szacunek do nich. Teraz może skazany mieć metr pięćdziesiąt wzrostu a mieć pieniądze i on będzie rządzić kryminałem. Na pewno w pana pracy zdarzają się różne sytuacje, które zapadają w pamięć. Która spowodowała u pana strach? Umarł mi kiedyś na celi człowiek. To było dla mnie szokujące. Dostał ataku padaczki, zakrztusił się i udusił, nie był to przyjemny widok, byłem młody. - Pedofile siedzą najczęściej na tzw. ochronkach, czyli specjalnie wyizolowanych oddziałach przeznaczonych dla ludzi skazanych za przestępstwa seksualne oraz dla więźniów współpracujących z policją - tłumaczy dr Paweł Moczydłowski. - Zwykle jest to oddzielne skrzydło w zakładzie karnym. Spacery i widzenia są organizowane w taki sposób, żeby nie mieli kontaktu z resztą społeczności więziennej - wyjaśnia dr Moczydłowski. - Jeśli prowadzony jest pedofil, to cały ruch w więzieniu zostaje wstrzymany. Wszystkich wsadza się do cel, telefony są przerywane - opowiada nam strażnik więzienny z kilkunastoletnim stażem. - Oczywiście lecą wtedy wyzwiska, bo więźniowie szybko się orientują, że jeśli ruch w kryminale został wstrzymany, to klawisze nie prowadzą alimenciarza - dodaje. Więcej informacji na stronie głównej W ostatnich dniach w mediach społecznościowych pojawiło się nagranie z Aresztu Śledczego w Mysłowicach, gdzie trafił Tomasz M. podejrzany o zabójstwo 11-letniego Sebastiana. Słychać na nim wyzwiska i groźby wykrzyczane w jego stronę przez innych więźniów. Powszechnie wiadomo, że osadzeni są bezlitośni dla osób podejrzanych i skazanych za zabójstwo dziecka lub pedofilię. O ich sytuację w więzieniu pytam funkcjonariusza, który przepracował kilkanaście lat w jednym z największych zakładów karnych w Polsce. Przyznaje, że w swojej karierze miał do czynienia z wieloma ludźmi o których najchętniej sam by zapomniał. Mordercy dzieci i gwałciciele, to była norma. – Miałem nawet jednego faceta, który miał dwójkę dzieci z własną córką. Szkoda gadać. To że przeżyli w więzieniu, było wyłącznie zasługą strażników – opowiada. Mój rozmówca przez wiele lat pełnił rolę wychowawcy. Odpowiadał za dobieranie poszczególnych osadzonych do cel. To bardzo odpowiedzialna robota, najmniejszy błąd mógł doprowadzić do tragedii. – Miałem na karku życie 120 ludzi – często zaburzonych, narkomanów, zabójców i ludzi zrzeszonych w różnych gangach, między którymi panowały rozmaite zatargi. Dlatego tak ważne było dobre rozeznanie, z kim ma się do czynienia. Na tej podstawie rozdzielało się ludzi po celach. Chodziło o to, by zminimalizować ryzyko jakiejkolwiek awantury. Jeden błędny ruch mógł doprowadzić do tego, że ktoś został pobity, zgwałcony albo się powiesił. Mogę pochwalić się tym, że w czasach, gdy byłem wychowawcą, żaden ze złodziei (tak w gwarze więziennej określa się osadzonych – red.) nie popełnił samobójstwa. Jestem z tego dumny – relacjonuje. Pedofile stanowią w zakładzie karnym odrębną kategorię. Są szczególnie chronieni i izolowani od reszty więźniów. – Ale nie tylko oni – tłumaczy funkcjonariusz – hieny cmentarne, konfidenci, mordercy dzieci, to są w kryminale ludzie wykluczeni i tworzą tzw. grupy izolowane. Są prowadzeni osobno na spacery, do łaźni, na obiady, czy posługę religijną. W tym wszystkim nie chodzi o to, żeby ich napiętnować, tylko, żeby zapewnić im bezpieczeństwo. Bo prawda jest taka, że jeśli pedofil trafiłby do celi z bandziorami, to rano już by nie żył. Dlatego ta izolacja jest niezbędna – wyjaśnia. Skąd więźniowie wiedzą, że do ich zakładu karnego trafił pedofil? Takie informacje najczęściej rozchodzą się pocztą pantoflową. Często pochodzą od ludzi, którzy znajdują się na wolności. Wystarczy jeden gryps. A jeśli sprawa jest medialna, to potrafią cały dzień siedzieć w oknach i wypatrywać konwojów. – To jest obieg nieoficjalny. Są ludzie na wolności, którzy takich rzeczy pilnują i oni też przynoszą informacje. Wystarczy, że przyjdą pod kryminał i napiszą na rękach: „na razie jest na dołku, ale chyba do was przyjedzie”. No i za chwilę wszyscy wiedzą – tłumaczy funkcjonariusz. – Pamiętam, że był u nas kiedyś taki przypadek, że jeden złodziej rozmawiał przez telefon i nagle rzucił się w stronę prowadzonego pedofila. Na szczęście strażnik interweniował i nie doszło do tragedii. Ale właśnie ze względu na takie zagrożenie, cały ruch w więzieniu zostaje wstrzymany, jeśli prowadzony jest pedofil. Wszystkich wsadza się do cel, telefony są przerywane. Oczywiście lecą wtedy wyzwiska, bo więźniowie szybko się orientują, że jeśli ruch w kryminale został wstrzymany, to klawisze nie prowadzą alimenciarza – wyjaśnia. – Nie ma co ukrywać, że te wszystkie środki bezpieczeństwa stosuje się też dla naszego komfortu. Jeśli osadzonemu coś się stanie, to wtedy my mamy problemy. Jesteśmy wzywani na przesłuchania, sprawdzany jest monitoring, wszystkie dokumenty, a finalnie prokurator może nam postawić zarzuty niedopełnienia obowiązków. W związku z tym zapewniam pana, że te wszystkie opowieści, jak to klawisze wrzucają pedofila do celi z bandytami, żeby się nad nimi znęcali, to jest fikcja literacka – przekonuje. Dalsza część tekstu pod materiałem wideo Dr Moczydłowski: w kryminałach nie panuje samowolka To, że osoby skazane za pedofilię są wyjątkowo chronione w zakładach karnych potwierdza też w rozmowie z Onetem dr Paweł Moczydłowski, były szef Służby Więziennej. – Najczęściej siedzą na tzw. ochronkach, czyli specjalnie wyizolowanych oddziałach przeznaczonych głównie dla ludzi skazanych za przestępstwa seksualne oraz dla więźniów współpracujących z policją. Zwykle jest to oddzielne skrzydło w zakładzie karnym. Spacery i widzenia są organizowane w taki sposób, żeby nie mieli kontaktu z resztą społeczności więziennej. Czyli, mówiąc wprost, żyją sobie całkiem przyzwoicie, aczkolwiek są wyklęci przez innych więźniów i nie mają z nimi kontaktu – tłumaczy. – Także opowieści o tym, że w kryminałach panuje samowolka i można się dowolnie znęcać nad pedofilami, nie mają za wiele wspólnego z rzeczywistością. Poza tym pilnowanie bezpieczeństwa takich więźniów jest też w interesie samych funkcjonariuszy – dodaje. Przyznaje jednak, że w zakładach karnych wciąż zdarzają się sytuacje, kiedy dochodzi do przemocy wobec osób skazanych za pedofilię. – Jeżeli więzienie jest przeludnione, to siłą rzeczy słabnie kontrola i może dojść do sytuacji, kiedy pedofil trafi na więźniów, którzy będą wobec niego agresywni. Do tego dochodzi kwestia niedbalstwa. Jeżeli funkcjonariusz nie rozumie struktury więziennej, a to wymaga jednak pewnej pracy intelektualnej, to taki pedofil może trafić w niewłaściwie miejsce – przyznaje. Dr Moczydłowski tłumaczy, że czasami osoby skazane za pedofilię same chcą trafić do celi z grypsującymi, czyli osadzonymi zajmującymi najwyższą pozycję w hierarchii więziennej, najczęściej skazanymi za poważne przestępstwa. – Myślą, że w ten sposób uda im się oszukać pozostałych więźniów i zapewnić sobie bezpieczeństwo. Pozują na wielkich zbójów, zwłaszcza jeśli mają na koncie inne przestępstwa. Tylko takie postępowanie ma krótkie nogi. Więźniowie zawsze znajdą sposób, żeby dowiedzieć się, za co faktycznie siedzi ich kolega z celi – podkreśla. Cieszymy się, że jesteś z nami. Zapisz się na newsletter Onetu, aby otrzymywać od nas najbardziej wartościowe treści. Andrzej Flügel, nasz redakcyjny kolega, był kiedyś wychowawcą więziennym. Napisał o tym książkę „Schowani do wora”. Jutro o opowie o niej na spotkaniu w bibliotece GL znają Andrzeja Flügela jako dziennikarza sportowego. Zanim jednak w 1990 trafił do naszej gazety, pracował w areszcie w Zielonej Górze, gdzie był wychowawcą oraz w zakładzie karnym w Krzywańcu. W zeszłym roku napisał o tym książkę „Schowani do wora”.Od 1 lipca więcej śmieci będą nam jeszcze droższe. Będzie podwyżka!- W gwarze więziennej „schowany do wora” to ktoś z grypsujących, co do którego pojawiły się jakieś zastrzeżenia, które mogły dotyczyć na przykład jakiejś domniemanej współpracy z funkcjonariuszami czy innego złamania zasad grypsery. Taki osobnik był jakby w poczekalni, dopóki nie wyjaśnią się owe zastrzeżenia, czyli był w zawieszeniu. Potem, jeśli zarzuty się potwierdziły, był wykluczany z grypsery i lądował na dole hierarchii albo wracał do łask - opowiadał nam po wydaniu książki Andrzej. Jak mówił, przez lata sam czuł się czasami jak w jakimś „worze”. - Z jednej strony skazani, siłą rzeczy nieufni wobec funkcjonariuszy, więc także wychowawców, z drugiej - przełożeni, dla których często próba zrozumienia tych, którzy trafili w to miejsce, okazywała się pustym dźwiękiem, a przede wszystkim interesowała ich grubość krat i to, żeby im nikt nie uciekł - mówił autor z Andrzejem Flügelem odbędzie się jutro w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej przy ul. Sikorskiego 107. Początek wieczoru autorskiego o Przy okazji spotkania będzie można zdobyć Serdecznie zapraszam - mówi nasz poprowadzi Zbigniew ofertyMateriały promocyjne partnera

jak wyglada zycie w areszcie